Droga do Genewy wiodła przez trzy kraje. Na szczęscie wszędzie mieliśmy autostrady, ale jazda nimi w każdym z tych państw to zupełnie inna jakość. Z Krakowa wyjeżdzaliśmy w sobotę, więc ruch nie był specjalnie natężony. Mimo wszystko nie obyło się bez ciężarówek, które wyprzedzały wjeżdzając przed rozpędzone osobówki. My jadąc z prędkością 140-150 km/h rzadko byliśmy wyprzedzani przez inne samochody. Sytuacja zmieniła się po przekroczeniu granicy, gdzie co chwilę śmigały nam po lewej jakieś samochody i to często zupełnie niepozorne. Uogólniając, Niemcy jeżdzą po autostradach dużo szybciej i dużo lepiej, no ale oni mają po czym... Natomiast jazda po Szwajcarii to chyba ewenement na skale światową. Autostrady są bardzo dobrej jakości i prawie darmowe, roczna winieta kosztuje tylko 40 CHF (ok. 120 PLN). Ograniczenie prędkości to 120 km/h i uwaga - ludzie go przestrzegają. Jak jest znak ograniczenia do 100 albo 80, to wszyscy zwalniają. Często można spotkać dwa samochody, które jadą obok siebie 120 km/h. Ten na lewym pasie wychodzi z założenia, że skoro on jedzie z maksymalną dozwoloną prędkością to i tak nikt nie będzie go wyprzedzać. Ciężko stwierdzić, czy bieże się to z zamiłowania Szwajcarów do porządku czy raczej bardzo wysokich mandatów (taryfikator dla porównania: tutaj). Obstawiałbym jednak to drugie, bo autostrady naszpikowane są fotoradarami.
Kolejną egzotyką dla polskich kierowców są reguły parkowania. W Genewie istnieją trzy rodzaje oznaczeń miejsc przy ulicach: żółte, białe i niebieskie. Żółte - zakaz parkowania (ewentualnie miejsce prywatne), białe - można parkować za darmo, chyba że jest parkomat, wtedy się płaci no i niebieskie - można parkować do godziny za darmo, chyba że się mieszka w okolicy. Darmowe miejsca parkingowe znajdują się jedynie na przedmieściach Genewy, przy głównych ulicach stoją parkometry i można tam parkować w dni robocze maksymalnie 90 minut (w nocy i niedziele jest za darmo). Pozostałe ulice to strefa niebieska, gdzie można parkować za darmo maksymalnie 1 godzinę (w godzinach rannych i popoludniowych). Miasto jest podzielone na kilkanaście stref i po zakupieniu abonamentu dla mieszkańców (nazywa się to "macaron" i kosztuje 180 CHF/rok) można w swojej niebieskiej strefie parkować bez ograniczeń. Są też parkingi prywatne oraz publiczne podziemne, jedne i drugie bardzo drogie, więc się specjalnie nimi nie interesowałem. Oczywiście nie ma mowy o jakimkolwiek parkowaniu na chodniku, przed skrzyżowaniem, czy przejściem dla pieszych.
Jedną z pierwszych rzeczy do zrobienia po przyjeździe było zatem zorganizowanie miejsca dla samochodu. Z zaświadczeniem z administracji budynku udałem się do zarządu parkingów po swój macaron. I tu nastąpiło pierwsze zderzenie ze szwajcarską biurokracją. Nie mogę dostać macaronu dopóki nie złożę aplikacji o permit (pozwolenie na pobyt w CH), a nie złożę podania o permit dopóki nie dostanę jakiś dokumentów z uniwersytetu co potrwa przynajmniej kilka dni. Na szczęście za 20 CHF mogli mi dać tymczasowy 10-dniowy macaron, z którym zająłem sobie miejsce parkingowe i się z niego nie ruszam od kilku dni. A to m.in. dlatego, że miejsca parkingowe to towar deficytowy. O ile w naszej okolicy rano i w południe da się zawsze coś znaleźć, to wieczorem wszystko pozajmowane. W okolicy uniwersytetu miejsca pozajmowane 24h na dobę, więc nawet nie mam co tam jeździć autem, tymbardziej że mógłbym tam stać tylko 1h...
Ojej, szalony ten mój mąż... A ja się zastanawiam uzupełniając bloga, co on tak sobie cichutko siedzi...;P Żeby mi chociaż raz zechciał tyle powiedzieć ;P
OdpowiedzUsuń